Miasto Rybnik projekt i utrzymanie: dgnet.pl strona główna

Smolna

dodaj newsa

forum

życzenia

listy dyskusyjne

ogłoszenia

katalog firm

kontakt

Internetowa Baza Firm
Google
dzielnica Smolna
smolna.rybnik.pl
zapraszają
baza firm
PREZENTUJEMY

Smolna, moja młodość

wspomnienia Jerzego Klistały

Smolna to dzielnica moich młodzieńczych lat, gdzie zamieszkiwałem od zakończenia okupacji hitlerowskiej (wcześniej mieszkałem na „Maroku”) – do wyprowadzenia się na stałe z Rybnika w 1960 roku. Pozostał jednak w sercu przeogromny sentyment do młodzieńczych przeżyć – szczególnie na Smolnej. Rozbudza się owa tęsknota ze zdwojoną siłą, gdy gdzieś daleko od Rybnika, spotykam „krajana” lub „krajankę”, a rozmowa przeradza się w epatowania na temat tego rodzinnego a tak bliskiego mi miasta.

Jakże wymowne są słowa Wieszcza A. Mickiewicza (w Epilogu do Pana Tadeusza):

Dziś dla nas, w świecie nieproszonych gości,
W całej przeszłości i w całej przyszłości
Jedna jest tylko kraina taka,
W której jest trochę szczęścia dla Polaka,
Kraj lat dziecinnych! On zawsze zostanie
Święty i czysty, jak pierwsze kochanie, [...]

Świadomość tych słów, takiej interpretacji fragmentu wiersza, powodowała we mnie od dawna chęć opublikowania osobistych wspomnień z okresu dziecinnego a później młodzieńczego. Przeznaczenie chyba spowodowało, że w Ustroniu, zupełnie przypadkowo poznałem przeuroczą osobę z Rybnika - a zwróciłem na Nią uwagę (poza osobistą urodą) przez specyficzny akcent wymowy charakterystyczny dla rybniczan, chociaż wysławiała się nie gwarą a poprawną polszczyzną. Postanowiłem więc urealnić owe chęci pisania – tym bardziej, gdy oświadczyła że jest Anią nie z „Zielonego Wzgórza”, a z Piasków koło Rybnika. Rozmowy nasze o Rybniku nie miały końca. Dodam jednak informację uzupełniającą, że zachowanie Ani faktycznie nie odbiegało impulsywnością i żywiołowością od tej właśnie Ani z „Zielonego Wzgórza”. Miałem się z kim dzielić wspomnieniami o moim „kraju lat dziecinnych” – kraju „świętym i czystym, jak pierwsze kochanie”.

Jak wielkie jest to zauroczenie, niech świadczy fakt z reakcji na muzyczne inspiracje, gdy już po usłyszeniu cudownej VI Symfonii Beethovena, na ekranie wyobraźni, jak żywe jawią się plenery pól z rozkołysanymi na wietrze łanami zbóż, nie skoszonych traw na łąkach, z lasami na horyzoncie, co z nie mniejszą tęsknotą przedstawia Mickiewicz we wstępie do ww. epopei:

Tymczasem przenoś moją duszę utęsknioną
Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,
Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych;
Do tych pól malowanych zbożem rozmaitym,
Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem; [...]

Oj tak, tamten Rybnik charakteryzowały nie tylko czubki hałd kopalnianych – widoczne na horyzoncie z budynku, w którym mieszkałem przy ulicy Reymonta. Za tym budynkiem rozciągały się faktycznie owe pola obsiane zbożem rozmaitym, obsadzone kartoflami, łąkami porośniętymi soczystą zielenią traw. By nie być gołosłownym: między ulicą Wodzisławską w kierunku targowiska, spędzałem wiele wspaniałych zabaw na Marcolowych łąkach (tak latem jak i zimą). Za moim budynkiem mieszkali Szymurowie, a dalej, w kierunku Krzyżowej, także były pola obsiane zbożem i obsadzone kartofliskami. Za budynkiem naprzeciwległym do mojego – gdzie mieszkali Kuczowie, aż do boiska szkolnego i dalej do ulicy Szkolnej były pola uprawne. Za budynkiem Fajkusa usytuowanym przy Wodzisławskiej, w kierunku Zamysłowa, ciągnęły się niezliczone poletka uprawne. Oczywiście nie wymienię wszystkich ich właścicieli, gdyż pamięć po tylu latach zubożała o tego typu szczegóły. Obszernie opisuje to Longin Musiolik w swoich książkach, potwierdzając moje informacje. Bez liku jest przykładów, wywołujących takie to skojarzenia. By jednak we wstępie nie wyczerpać całej treści opracowania, przejdę do zapamiętanych szczegółów, gdyż one to stanowią istotę owego zauroczenia i westchnień jak do „pierwszego kochania”.


* * * * *

Dziadek – ojciec mojej mamy, ze względu na panujące bezrobocie w poznańskim, przyjechał do Rybnika w 1922 r. Otrzymał pracę jako pielęgniarz w Zakładzie Psychiatrycznym, a gdy po jakimś czasie dostał mieszkanie służbowe, ściągnął w 1924 r. do Rybnika swoją rodzinę, tzn. swoją żonę a moją babcię oraz trójkę dzieci. Jedna z tych córek – Helena z d. Żurek wyszła zamaż za Jana Klistałę z „Meksyka” i tak oto na świecie znalazł się autor niniejszych wspomnień. Ponieważ ojciec był kolejarzem i otrzymał mieszkanie służbowe w kolejarskich bydynka na „Maroku”, więc nasz rodzina tam zamieszkała.

Gdy w 1939 r. wojska hitlerowskie rozpoczęły okupację Rybnika, dziadek jako zagorzały Hallerczyk odmówił podpisania Volkslisty. Został zwolniony z pracy i eksmitowany ze służbowego mieszkania – otrzymując jako pomieszczenie mieszkalne wolno stojący pawilon po sklepie przy ulicy Smolkastrase 10 (obecna ulica św. Jadwigi) w dzielnicy Smolna. Był to budynek parterowy, składający się z dwóch pomieszczeń – z dosyć dużym oknem wystawowym. W pierwszym pomieszczeniu, urządzona była prawdopodobnie część sklepowa z ladą do sprzedawania (gdy sklep funkcjonował). Drugie pomieszczenie służyło do magazynowania towarów. Pawilon nie posiadał kanalizacji ani instalacji wodnej. Po wodę trzeba było chodzić do korytarza w podłużnym budynku czynszowym, usytuowanym parę metrów od budynku zamieszkałym przez dziadków. Do ubikacji chodziło się także za ów budynek czynszowy, w jego podwórze (około 100 metrów od budynku dziadków). Z prawej strony budynku sklepowego, Niemcy wybudowali w bardzo krótkim czasie blok mieszkalny – trzypiętrowy, nazywany budynkiem Maciaszków. Mieszkali w nim funkcjonariusze niemieccy i nauczyciele uczący w szkole na Smolnej (po wojnie Szkoła nr 2).

Od dnia aresztowania ojca, siostry mamy - Zofii oraz jej męża Stanisława Sobika, mama nie mogła sobie znaleźć miejsca. Odczuwała potrzebę rozmawiania z kimś bliskim, z kim mogłaby podzielić się psychicznym bólem. Takimi najbliższymi dla Niej z oczywistych powodów byli Jej rodzice. Stąd niemal codziennie przebywaliśmy u dziadków na „Smolnej”. Późnym wieczorem wracaliśmy do siebie na „Maroko”, a czasem zostawaliśmy u dziadków na noc. Był to dosłownie nasz drugi dom.

Zatrzymam się jednak na opisaniu tych wieczornych powrotów na „Maroko”, bo za każdym razem moja dziecinna fantazja inaczej je przeżywała. Zanim jednak przejdę do opisywana owych powrotów, muszę wyjaśnić, że aby utrudnić rozpoznawanie terenu dla samolotów alianckich (lecących bombardować obiekty militarne i przemysłowe – np. Zakłady w Kędzierzynie „Hajdebrek”), Niemcy wprowadzili nakaz zaciemnienia okien tzw. „Ferdunkelung”. Z oczywistych powodów także ulice nie były oświetlone, a księżyc nie zawsze rozjaśniał mrok wieczoru. Często więc wracaliśmy do domu w iście egipskich ciemnościach! Mama znała tą drogę na pamięć, więc szliśmy z bratem obok, mocno trzymając się za ręce.

Od dzielnicy Smolna do skrzyżowania z ulicą Zebrzydowską i Raciborską, można było spotkać o tej porze i innych ludzi, był poza tym to odcinek drogi zaliczający się do przedmieścia, które chodniki miało bardziej uporządkowane. Od „krzyża”, czyli od skrzyżowania ulicy Zebrzydowickiej i Raciborskiej – w kierunku „Maroka”, odcinek drogi był bardzo nieprzyjemny i - szczerze powiedziawszy - bałem się nim chodzić: droga częściowo brukowana, po której jeździły wozy konne i (nieliczne wówczas) samochody. Chodnik stanowił utwardzony pas ziemi – wzdłuż wybrukowanej drogi, na której pod wpływem opadów deszczowych powstało sporo bruzd i kraterów. Mało tego - od skrzyżowania przy krzyżu, po prawej stronie między chodnikiem a polami, była długa skarpa, wysoka nawet na półtora metra ponad ów chodnik. Na jej grzbiecie rosły wysokie świerki i sosny – pozostałość lasu, który kiedyś rósł do tego miejsca. Drzewa od zmierzchu wprowadzały ponury nastrój, przysiadały na nich sowy i przez pohukiwanie zwiększały atmosferę grozy. Po lewej stronie od skrzyżowania, między Zebrzydowicką a Raciborską, ciągnęły się ogródki działkowe, kończące się dosyć dużym spadem do stawu nazywanego potocznie „Pijownik”. Staw ten niepokoił mnie szczególnie. Był bardzo zaniedbany, obrośnięty szuwarami. Wodę miał mętną, dosłowne rozlewisko brudnej wody. Na użytek wędkarzy wykonano kładkę od brzegu w kierunku środka stawu.

Krążyły w owym czasie opowieści o „utopcach” które upodobały sobie ten właśnie staw, jego otoczenie i ów pomost. Wedle tych opowiadań, utopce miały przeróżny wygląd. Dla mnie był to mały człowieczek, podobny do karła, brodaty, o krzaczastych brwiach, z kapeluszem na głowie (jak Rumcajs z Czeskich bajek) i bardzo złośliwy. Utopce te, aktywne były podobno w pobliżu stawu, uwodziły ludzi tj. „mieszały” tak skutecznie w głowie upatrzonego osobnika, że uwiedziony nieszczęśnik wchodził potulnie za utopcem w głębiny wodne. Uwiedzeni ludzie stawali się kolejnymi wcieleniami utopców, wychodzili po jakimś czasie z wody i wiodły kolejne osoby. Tak się podobno utopce rozmnażały. Kiedy więc szedłem obok mamy – znając takie opowiadania, kurczowo trzymałem się jej ręki i z wielkim lękiem pokonywałem odcinek drogi obok stawu, żeby mnie pod osłoną ciemności utopiec nie złapał za nogę i nie wciągnął do stawu.

część 2 | część 3 | część 4

materiał wyświetlono 2298 razy
Zapomniany Rybnik
Sprawdź swój Page Rank Śląski Otwarty Katalog Stron Katalog Stron Katalog stron - Dobre strony qlweb katalog Katalog stron SEO
Projekt, prowadzenie i administracja: dgnet.pl.
Linux Tapety Porcelana Samorząd Intranet Kasetony Szkło Programista Farby Szkoła Rybnik Sztućce Wybory